Kościół jest jak budynek pełen ludzi. Został zamknięty dawno temu, bo niektórzy z przebywających w nim boją się zagrożeń czyhających na zewnątrz. Przez lata stworzył się w nim straszny zaduch, tak, że wiele osób odeszło, a ci, co zostali w końcu zaczęli odczuwać ból głowy i powoli z braku tlenu popadli w otępienie, a wnętrze - niegdyś tak piękne - zupełnie przestało ich poruszać. Co jakiś czas zdarzali się ludzie-święci, którzy wbrew głosom sprzeciwu uchylali okno ku uldze swych towarzyszy, którzy nagle przypominali sobie, co ich tu przyciągnęło. Ale w końcu ci ludzie umierali, a zaduch tworzył się na nowo.
Ostatnio zupełnie mnie zatkało. W ramach towarzystwa odwiedzałam wczoraj z rodziną cmentarz. Po wymianie wkładów w największych słoikach, mniejsze zostały mi przekazane z prośbą o wyrzucenie. Zdziwiona spytałam "Po co?", bo przecież kładli je tam jeszcze parę dni temu i znicze były wciąż jak nowe.
- No przecież nie będziemy już ich używać - usłyszałam.
- To po co w ogóle je zapalaliście?
- Bo taka jest tradycja!
I to jest #faktautentyczny. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć na taką logikę.
Ostatnio zupełnie mnie zatkało. W ramach towarzystwa odwiedzałam wczoraj z rodziną cmentarz. Po wymianie wkładów w największych słoikach, mniejsze zostały mi przekazane z prośbą o wyrzucenie. Zdziwiona spytałam "Po co?", bo przecież kładli je tam jeszcze parę dni temu i znicze były wciąż jak nowe.
- No przecież nie będziemy już ich używać - usłyszałam.
- To po co w ogóle je zapalaliście?
- Bo taka jest tradycja!
I to jest #faktautentyczny. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć na taką logikę.
A Wy? Macie w swoim otoczeniu takich tradycjonalistów? Albo znacie przykłady jakichś sensownych zwyczajów?

Komentarze
Prześlij komentarz